Rosja i Białoruś wykorzystują migrantów jako broń przeciwko UE.

Reżimy autorytarne w Moskwie i Mińsku pomagają Irakijczykom i Afgańczykom w sianiu chaosu i wewnętrznej niezgody w krajach Europy Wschodniej.

C:\Users\Jo\Desktop\Belarus2-4.png

USNARZ GÓRNY, Polska – Polska wieś Usnarz Górny leży w malowniczym Podlasiu usianym łagodnymi wzgórzami, w północno-wschodniej części kraju. Z perspektywy Warszawy to koniec świata, gdzie droga dosłownie kończy się na granicy z Białorusią, która akurat jest granicą Unii Europejskiej i NATO.

We wsi znajduje się kilkanaście drewnianych chałup, metalowy krzyż na głównej i jedynej drodze oraz głównie starsi mieszkańcy, którzy pasą krowy na okolicznych łąkach. Idylliczną atmosferę tego miejsca zakłócił ostatnio równomierny ryk silników: po brukowanej drodze jeżdżą policyjne pikapy, wojskowe ciężarówki i pojazdy straży granicznej. Za nimi stoją telewizyjne wozy transmisyjne z antenami satelitarnymi na dachach i zwykłe samochody osobowe, z których wysypują się dziennikarze i aktywiści walczący o prawa migrantów. Na łące przedzielonej wąskim strumieniem stoi rząd policjantów, a na przejściu kontrolnym blokującym błotnistą drogę stoją zamaskowani żołnierze z karabinami.

Całe to zamieszanie jest spowodowane grupą migrantów, która utknęła na granicy. Nie wpuszczono ich do Polski z Białorusi. Nagle maleńka wioska znalazła się w centrum globalnej polityki. Relacje z pogranicza polsko-białoruskiego pojawiają się regularnie w telewizji w primetime oraz w nagłówkach internetowych serwisów informacyjnych. Dziennikarze, politycy i obrońcy praw człowieka dyskutują z jednej strony o kryzysie migracyjnym, nieludzkim traktowaniu uchodźców przez polskie władze, a z drugiej o wojnie hybrydowej i prowokacji. Tymczasem medialny cyrk odwraca uwagę od znacznie poważniejszego i bardziej złożonego problemu, który zaczął się na granicy białorusko-litewskiej.

C:\Users\Jo\Desktop\Migrant-crisis-Belarus-Poland-border-Tomasz-Grzywaczewski-2.jpeg

W maju, po tym, jak UE nałożyła sankcje na reżim w Mińsku w odpowiedzi na porwanie przez państwo samolotu Ryanair i nielegalne aresztowanie działacza opozycji Romana Protasewicza, prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka ogłosił, że Białoruś nie będzie już zapobiegać przemytowi narkotyków i nielegalnej imigracji do UE granica.

Szybko jednak okazało się, że plany Mińska były bardziej złowrogie niż bierne przymykanie oczu na to, co dzieje się na granicy. W czerwcu litewskie służby graniczne odnotowały gwałtowny wzrost liczby nieuprawnionych migrantów – głównie z Iraku – przekraczających granicę litewsko-białoruską.

Do sierpnia zatrzymano ponad 4000 osób, 50 razy więcej niż w całym 2020 roku. Pod koniec czerwca litewska minister spraw wewnętrznych Agne Bilotaite powiedziała portalowi informacyjnemu Delfi, że zwiększona migracja jest formą wojny hybrydowej. „Nielegalna migracja z Białorusi na Litwę to zorganizowany i dochodowy biznes, w który zaangażowani są białoruscy urzędnicy i oficerowie” – powiedziała.

W lipcu dziennikarze Telewizji Belsat TV, niezależnego kanału nadającego z Polski na Białoruś, ujawnili, że białoruskie służby specjalne prowadzą operację transferu migrantów z Bliskiego Wschodu przez Białoruś na Litwę. Agnieszka Romaszewska-Guzy, dyrektor Telewizji Biełsat, wyjaśniła Foreign Policy, że „za sprowadzanie migrantów z Iraku na Białoruś odpowiada państwowa firma Centrkurort należąca do Zarządu ds. Prezydenckich, która współpracuje z irackimi biurami podróży. Ci ludzie dostają białoruskie wizy turystyczne i po wylądowaniu na lotnisku w Mińsku są umieszczani w hotelach w Mińsku i ostatecznie przewożeni do granic”.

W strefie przygranicznej w fizycznym przenoszeniu migrantów na drugą stronę granicy podobno bezpośrednio uczestniczy elitarna jednostka specjalna o nazwie OSAM, w której niegdyś służyli synowie Łukaszenki.

Cena takiej „wycieczki” to co najmniej kilka tysięcy dolarów, z czego duża część trafia do kieszeni białoruskich służb specjalnych. Reżim zabija więc dwie pieczenie na jednym ogniu: destabilizuje granice UE, a jednocześnie zarabia na przemycie ludzi desperacko próbujących dostać się do Europy, zwłaszcza do Niemiec.

W ostatnich latach Europa doświadczyła już wykorzystywania migrantów jako narzędzia do realizacji celów politycznych. Podczas największego kryzysu migracyjnego w latach 2015-16 prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan zmusił UE do wsparcia Ankary sześciomiliardową pomocą i przymykania oczu na operacje wojskowe Ankary przeciwko Kurdom w zamian za zablokowanie korytarza migracyjnego z Bliskiego Wschodu do Bałkany.

Podczas gdy kraje południa Europy są już przyzwyczajone do kryzysów migracyjnych, prawie nikt ich nie spodziewał się na wschodniej flance UE.

W północnej Afryce, po obaleniu Muammara al-Kadafiego, Libia stała się głównym krajem tranzytowym dla migrantów przemieszczających się z Sahelu do Włoch. W marcu tymczasowy premier Libii ostrzegł, że kraj nie jest w stanie sam poradzić sobie z migrantami. W maju Maroko pomogło tysiącom migrantów wejść do hiszpańskiej eksklawy Ceuty w pozornym odwecie za Madryt, umożliwiając przywódcy ruchu niepodległościowego Sahary Zachodniej Polisario wjazd do Hiszpanii i leczenie tam COVID-19.

Ale choć kraje południa Europy są już przyzwyczajone do takich działań, to prawie nikt ich nie spodziewał się na wschodniej flance UE. Wyjątkiem był Witold Repetowicz, analityk Defence24, który w 2018 roku zwrócił uwagę na możliwość wykorzystania migrantów jako broni w ataku Rosji na Polskę przez terytorium Ukrainy. Okazało się jednak, że realne zagrożenie przeszło przez Białoruś.


Gwałtowny wzrost liczby migrantów na Litwę spowodował przepełnienie ośrodków migracyjnych i próby tworzenia tymczasowych ośrodków, co skutkowało gwałtownymi protestami miejscowej ludności. W obliczu zagrożenia pogłębieniem chaosu władze Wilna zdecydowały się na budowę ogrodzenia granicznego, powrót zatrzymanych migrantów na Białoruś oraz wprowadzenie stanu nadzwyczajnego. Łotwa ogłosiła również stan wyjątkowy w regionach graniczących z Białorusią.

Taktyka litewska wydaje się być skuteczna. Od początku sierpnia na Białoruś odesłano ponad 1500 migrantów. Linas Kojala, dyrektor wileńskiego „think tank” Centrum Studiów Europy Wschodniej, powiedział w wywiadzie dla Foreign Policy: „Cel polityki odpychania był dwojaki: zmniejszenie intensywności nielegalnych przekraczania granic, a także zniechęcenie innych migrantów, którzy mogli dostrzec Litwa jako otwarta brama do UE. Jednak samo w sobie nie jest to rozwiązanie długoterminowe”.

Kojala przekonywał, że każde rozwiązanie musi łączyć skuteczny nadzór granic (drony, kamery, więcej patroli granicznych) ze spójną polityką UE w odniesieniu do migrantów. Jednak wypracowanie takiej pozycji nie było łatwe i wiele krajów, od Włoch po Węgry, podjęło własne działania w celu zablokowania napływu.

Gdy granica litewska została przynajmniej tymczasowo zamknięta, stało się oczywiste, że kolejnym celem ataku będzie Polska.

W Polsce od samego początku były sprzeczne informacje. Dokładna liczba migrantów przebywających w pobliżu Usnarza Górnego jest niejasna, ale szacunki przypadają na lata 20. i 30. XX wieku. Nie ma możliwości potwierdzenia kraju pochodzenia migrantów. Jeśli są z Afganistanu, to musieli przybyć tam przed upadkiem Kabulu lub być afgańskimi migrantami mieszkającymi w Iraku. Na początku polskie władze postanowiły odgrodzić migrantów i uniemożliwić zbliżanie się do granicy osobom postronnym, w tym dziennikarzom i działaczom na rzecz praw człowieka. Rząd przekonywał, że celem było uniknięcie prowokacji i nielegalnych przejść.


Jednocześnie działacze na rzecz praw człowieka zostali zaalarmowani, że migranci są pozbawieni żywności i zmuszani do picia wody ze strumienia. Jednak materiały wideo z białoruskich mediów i tweet z polskiej Straży Granicznej, która stale monitoruje sytuację, sugerują, że „białoruskie służby regularnie dostarczają obcokrajowcom jedzenie, napoje, ciepłe posiłki, drewno do kominka, a nawet papierosy i słodycze. ” Ponadto polscy urzędnicy twierdzili, że Białorusini regularnie zastępowali migrantów w Usnarze Górnym, aby podtrzymać kryzys.

Problem wykracza daleko poza Usnarza Górnego. W sierpniu doszło do ponad 3000 prób nielegalnego przekroczenia granicy polsko-białoruskiej, a około 900 osób zostało zatrzymanych. Starszy funkcjonariusz straży granicznej, który chce pozostać anonimowy, przyznał, że polskie władze są w stanie zatrzymać tylko część migrantów. Zatrzymywani przez nich ludzie są dobrze przygotowani do podróży. Nie posiadają żadnych dokumentów, ale często mają nawet kilka tysięcy dolarów wszytych w ubrania i mapy ze starannie wytyczoną trasą. W Polsce przemytnicy czekają na transport umykających władzom do dużych miast lub prosto do Niemiec.

W ten sposób polski rząd rozpoczął budowę ogrodzeń z drutu kolczastego wzdłuż granicy, a na początku września wprowadził stan wyjątkowy, który obejmuje 183 miasta leżące w odległości około 5 km od granicy i potrwa 30 dni. Jednocześnie sytuacja zwiększyła wewnętrzne napięcie polityczne, wywołując zaciekłą debatę między zwolennikami i przeciwnikami pomocy i przyjmowania migrantów.

C:\Users\Jo\Desktop\Migrant-crisis-Belarus-Poland-border-Tomasz-Grzywaczewski-1.jpeg

– To modelowy przykład użycia broni demograficznej – przekonywał Repetowicz. „Nie ma spontanicznego »kryzysu migracyjnego«, ale agresja przeciwko Polsce”.

UE wypowiada się w bardzo podobnym tonie. „Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej jest formą agresji wobec Polski” – powiedział rzecznik Komisji Europejskiej Adalbert Jahnz na konferencji w Brukseli w zeszłym miesiącu. Premierzy Polski, Litwy, Łotwy i Estonii wydali też wspólne oświadczenie potępiające „atak hybrydowy” Białorusi.


Wiceminister spraw zagranicznych Polski, Marcin Przydacz powiedział Polityce Zagranicznej, że Komisja Europejska w pełni popiera polskie stanowisko, ale istnieje pilna potrzeba silniejszego nacisku politycznego na Mińsk, aby zaprzestał wrogich działań. Reakcja na białoruskie zagrożenie jest najwyraźniej koordynowana nie tylko z państwami bałtyckimi, ale także z Ukrainą. Sytuacja jest tym bardziej napięta ze względu na rozpoczęte w zeszłym tygodniu rosyjsko-białoruskie manewry wojskowe Zapad-21.

Grzegorz Kuczyński, dyrektor Programu Eurazja Warsaw Institute, przekonuje, że tak silne stanowisko UE oznacza, że ​​Unia bardzo poważnie traktuje zagrożenie ze strony migrantów. „To wspólna prowokacja Mińska i Moskwy. Dziś Łukaszenko jest całkowicie zależny od Putina, a ponadto białoruskie służby nie mają wystarczających środków na Bliskim Wschodzie, by przeprowadzić taką operację – przekonuje. „Prawdziwy kryzys pojawi się, jeśli Kreml zdecyduje się stworzyć korytarz migracyjny przez terytorium Rosji, aby przetransportować tysiące uchodźców z Afganistanu”.

Obecnie mało prawdopodobne wydaje się powtórzenie scenariusza masowych migracji tureckiego czy libijskiego. Po pierwsze, ze względów geograficznych migranci nie mogą dotrzeć na Białoruś samodzielnie, muszą być przywiezieni drogą lotniczą lub bardzo długą drogą lądową z Azji Centralnej. Po drugie, bardzo stanowcza reakcja państw bałtyckich, Polski i Brukseli pokazuje, że nikt w UE nie rozważa poważnie nowej wersji polityki „uchodźcy mile widziani” z 2015 roku.

Nikt jednak nie był przygotowany na tak agresywny scenariusz, a Polska i kraje bałtyckie muszą teraz pilnie wprowadzić skuteczny system ochrony swoich granic i przygotować się na potencjalne prowokacje, które mogą skutkować ofiarami śmiertelnymi. Trwające manewry Zapad-21 stwarzają możliwość różnych testów zdolności obronnych Polski i NATO, jak choćby incydent z 1995 roku, kiedy białoruski śmigłowiec Mi-24 zestrzelił amerykański balon i zginęło dwóch amerykańskich pilotów.

Z perspektywy Kremla każda słabość będzie traktowana jako zachęta do przesuwania granic.

Jesteśmy w pełni zmobilizowani dzięki ćwiczeniom Zapad-21 i zdajemy sobie sprawę z prowokacji rosyjskich czy białoruskich, które mogą pojawić się na granicy. Nie możemy dopuścić do tragicznych wydarzeń” – powiedział Przydacz.

Najgorszy scenariusz jest taki, że na wschodniej granicy UE pojawią się dziesiątki tysięcy uchodźców uciekających przed reżimem talibów. To, czy Moskwa zdecyduje się na taki krok, zależy w dużej mierze od reakcji Polski, krajów bałtyckich i Brukseli na ten próbny kryzys migracyjny. Z perspektywy Kremla każda słabość będzie traktowana jako zachęta do przesuwania granic.

Romaszewska-Guzy z Telewizji Belsat przekonuje, że „reżim Łukaszenki masowo represjonuje naród białoruski i nie cofnie się przed niczym, by zdestabilizować Europę”. Do tej pory Moskwa i Mińsk osiągnęły już kilka krótkoterminowych celów na tym froncie. Na potrzeby propagandy Polska i kraje bałtyckie są przedstawiane w mediach rosyjskich i białoruskich jako łamiące prawa człowieka, okrutne i niewrażliwe na ludzi w niebezpieczeństwie. Kwestia migracji wywołała konflikt polityczny i mocno podzieliła opinię publiczną na Litwie, a w Polsce również wywołuje wewnętrzne zamieszanie.

Europa musi teraz stawić czoła realiom hybrydowych ataków na UE i NATO na wschodnich pograniczach. Ponieważ autorytarne reżimy dążą do siania wewnętrznej niezgody i chaosu w Polsce i krajach bałtyckich, ich bronią z wyboru są bezradni ludzie.

 

Bądź na bieżąco, dołącz do mnie na: TELEGRAM oraz FACEBOOK

 

 

Oryginał: foreignpolicy.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.